Autostopem przez Hiszpanię

Standardowy

Hiszpania ZDJ BLOG2 ZDJ BLOG1Hola!

Jest maj, zebrana ekipa 6-osobowa, bilet w jedną stronę Katowice- Barcelona na 30 czerwca za 240 złoty, niech żyją tanie linie lotnicze!

Czerwiec- organizowanie karimat, namiotów, zapasów suchej żywności, ubezpieczeń, ważenie bagaży podręcznych, ostatnie zakupy, brrrr!

30 CZERWCA, siedzimy na lotnisku i owijamy folią 3 namioty, 6 karimat i trochę rzeczy, których nie udało się upchnąć- kokon gotowy- Polak potrafi!

Po południu byliśmy już w Barcelonie, kilka dni zwiedzaliśmy, pierwsza kąpiel w morzu, Sagrada Familia, Park Gaudiego, noc w krzakach, nastepnie metrem dotarliśmy do urokliwego Sidgez.

3 lipca rozpoczęła się nasza przygoda z łapaniem stopa. Podzieliliśmy się na 3 pary. Trochę trwało zanim zatrzymał się nam pierwszy kierowca, ale udało się. Najbardziej zapadła mi w pamięć Majda. Zaprosiła nas do swojego ogrodu i tam rozbiliśmy namiot, pokazała nam Benicasim. Ta kobieta emanowała dobrem i pozytywną energią, jej dom, ogród, dziecko (słodkie jak żadne inne), opiekunka, mąż- wszystko, jej osoba i otoczenie było magiczne. Kolekcjonowała krzesła- wzdłuż płotu stały najróżniejsze, stare, nowe, drewaniane, metalowe, kolorowe. Naprawdę ciekawa osoba.

Z Benicasim dostaliśmy się do Alicante (nie obyło się bez przygód, ale wszytskiego nie da rady opisać, bo kto to przeczyta?). Spaliśmy na urwisku skalnym nad miastem. Cudownie! Nasze śpiwory leżały nad przepaścią, w dole mieliśmy pięknie oświetlone, hałaśliwe miasto. Byliśmy tylko w dwójkę z bratem, dopiero za dwa dni dał nam los spotkać pozostałych, już w Granadzie.

Granada- moim zdaniem najpiękniejsze miasto jakie widziałam w Hiszpanii. Wynajęliśmy tam młodzieżowy hostel (na dachu  poduchy, stoliczek, rozwieszona płachta chroniąca przed słońcem, lampiony, idealne miejsce na sjestę!) Mieliśmy do dyspozycji kuchnię, więc zrobiliśmy sobie pyszny obiad- ryż z kurkumą i warzywami, kupionymi na straganie, na deser figi i pomarańcze. Naprawdę odpoczęliśmy, umyliśmy się w normalnej łazience, zjedliśmy ciepły obiad, zrobiliśmy pranie, naładowaliśmy telefony, a przede wszystkim chodziliśmy wieczorami po Granadzie- nie da się opisać atmosfery tam panującej, zafascynowało mnie to miasto… Byliśmy także w Alhambrze- arabski cud architektury. W Hiszpanii Arabowie pozstawili dużo śladów swojej obecnośći. Alhmbra to zespół pałacowy z XIII wieku wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

No i dotarliśmy do Tarify! Koniuszek Hiszpanii. Ocean Atlantycki spotyka się z Morzem Śródziemnym. Stoisz na plaży w Europie- a na horyzoncie za wodą widzisz światła miasta Tanger w Afryce. Zabalowaliśmy trochę w Tarifie, trzeba było poplażować porządnie całą szóstką.

Kusiło nas Maroko, ale uznaliśmy, że zostawimy to na inną podróż. Czas kierować się na północ. Cel Madryt!

Kadiz wita, zwiedzony i zaliczony, następnie Cordova (gorąco polecam!), i jeszcze dalej- Madryt- również warto, bardzo zielona stolica, wielkie publiczne parki, w jednym przekoczowaliśmy noc niecałkiem legalnie oraz wielkie muzeum sztuki z dziełami między innymi El Greca, Pabla Picassa, Rubensa, Boscha. W stolicy warto wejść do Pałacu Królewskiego- cudo! Madryt może się pochwalić niezłą ilością linii metra, w sumie można była dojechać wszędzie, miasto bardzo przyjemne dla turystów, ładne i zadbane, opłaca się jechać, jest co zobaczyć. Gdzie nie pójdziesz tam jakiś piękny park, muzeum sztuki, pałac, fontanna, rynek (wieczorem zamieniający się w jedną wielką fiestę), robi wrażenie.

Po kilku dniach w Madrycie, ruszyliśmy dalej, po drodze do San Sebasthian, znaleźlismy się w ogordzie u Ferdynanda- emerytowanego profesora matematyki. Mieliśmy takie szczęście, że załapaliśmy się na kolorowe, przewesołe, nocne święto w jego niedużej miejscowości.

Przed nami kilka tysięcy kilometrów do Polski, więc spieszyliśmy na północ, Pampeluna, San Sebastian i… przekroczona granica- Bonjour Francjo! Zawiłymi drogami, znaleźliśmy się pod Paryżem, a stamtąd złapaliśmy ciężarówkę jadącą do Luksemburga! Olek z Białorusi- kierowca rosyjskiej ciężarówki  mówiący po polsku, okazał się chyba najbardziej pozytywną postacią całej tej wyprawy, pełen energii, tęgi piędziesięciolatek, uwielbiam  człowieka, śmieję się do ekranu, gdy go wspominam.

Z Luksemburga- Niemcy i budzimy się na stacji w Polsce- da się? Da!

Wyżej pisałam konkrety, ale myślę, że warto napisać też trochę o ludziach w Hiszpanii, naszych kulinarnych odkryciach, wyniesionych lekcjach na temat stopowania, niepowodzeniach … Wiadomo, nie zawsze było kolorowo, kilka godzin stania na autostradzie bez rezulatu przy ponad 40 stopniach Celcjusza… Wylądowanie na odludziu, jedno auto na godzinę… Zwykła woda na stacji benzynowej w przeliczeniu za 12 złotych… Brak maminego obiadku…  W supermarkecie żarcie też nietanie… Już po północy, a nie wiemy gdzie spać… Zmęczenie dopada, a tu 10kg na plecach i trzeba iść dalej… Zdarzyło się nam wziąć autobus, kawałek trasy przejechać pociągiem. Każdy wpadał czasem w niezłą furię i irytację, ale takie momenty należały do mniejszości. Ta podróż pokazała jaką radość mogą dać małe rzeczy- prysznic na plaży, życzliwość drugiego człowieka, łyk wody, lokery na bagaże, noc w hostelu (przez 3 tyg tylko 3 razy), bagietki z chorizo i pomidorami, kilka godzin snu w krzakach. nawet owsianka na zimnej wodzie z kranu może smakować genialnie jak jesteś odpowiednio głodny!

A ludzie? Hiszpanie są spokojni, otwarci, nigdzie się nie spieszą, zaczynają dzień od kawy, papierosa i tostady, zawsze znajdą czas na nic nie robienie. Kryzys? Co z tego? Kiedyś minie. Praca? Bez przesady, najpierw sjesta- swoją drogą dobra rzecz- w Hiszpanii tradycyjnie w największy skwar wszystko cichnie, sklepy są zamykane, miasto wpada w letarg, zasypia. Atmosfera jest zupełnie inna niż w Polsce- ludzie są mniej zestresowani, noce są huczne, dni leniwe. W sezonie turystycznym aż za dużo ludzi, zimą jak mówią, trochę nudno.

Świetną sprawą było to, że bardzo dużo ludzi uprawia sport. Promenady były pewne biegaczy, rolkarzy, rowerzystów, wszyscy uśmiechnięci. A co warto zjeść? Owoce morza, gazpacho (chłodnik z pomidorów), ich oliwa z oliwek, oliwki, pomarańcze, pomidory, wino, paello (ryż z dodatkami), chorizo (pyszna szynka), tostada (typowe śniadanie- podpiekane bagietki z przecierem pomidorowym i oliwą z oliwek, niby proste, ale pycha!), tortilla (ziemniaczany placek) i pisto (przypomina leczo, ale bez kiełbasy i tysiąc razy lepsze).

A o autostopowaniu? Najlepszy, najtańszy, najciekawszy środek transportu we wszechświecie! Poznałam tyle dobrych, inspirujacych ludzi, usłyszałam setki historii, zobaczyałam w ten sposób tyle miast, niesamowite doświadcznie. Czasami trzeba było czekać, bywało, że byliśmy w czarnej otchłani, w miejscu bez wyjścia, bla, bla i nagle auto zatrzymuje się z piskiem opon i jedziemy dalej!
Jak to powtarzał mój brat- kompan ,,Zawsze dotrze się do celu, ale nie wiadomo kiedy”.

NIE BAĆ SIĘ, TYLKO BRAĆ GLOBUS I NA CHYBIŁ TRAFIŁ CELOWAĆ W JAKIEŚ MIEJSCE, BRAĆ URLOP I ŻYĆ, BO O TO PRZECIEŻ CHODZI :)

 

 

 

 

W skrócie- Trip wakacyjny 2014 -

plaża w Barcelonie
Standardowy

 Na początek, w wielkim skrócie- ESPANIA

Wakacje minęły, wspomnienia na szczęście pozostają- na osłodę szarych, monotonnych dni. Dziś przenoszę się do przegorącej Hiszpanii, odtwarzam w głowie to co działo się w lipcu tego roku, a działo się, działo ;)
Katowice- Barcelona (mój pierwszy raz samolotem), następnie autostopem przez całe wybrzeże aż do najdalej wysuniętych terenów na południe Espanii (20 km przez wodę, myk, byłabym w Afryce), potem Madryt i w górę do Francji, Niemiec i w końcu do domu.

W skórcie: 3 tygodnie, kilkadziesiąt kierowców, około 4000km przejechane autostopem, spanie gdzie noc za stanie, dieta bogata w pomidory, pomarańcze, oliwki i wino, 10 kg-mowy plecak, przepiękne miejsca, cudowna atmosfera, nowe doświadczenia, wspaniała ekipa!!!

***

To tak na początek, chaotycznie, jak mam w zwyczaju, ale gdy uda mi się zebrać myśli, spróbuję napisać jakiś porządny konkret.

plaża w Barcelonie

blogDSC_0929